21
WRZEŚNIA
Wczoraj
zwołał nas wszystkich prezes i oznajmił, że jutro będziemy tu mieć wycieczkę z
podstawówki. Bezdzietna część drużyny zareagowała tak samo:
-Będziemy
musieli niańczyć jakieś bachory zamiast normalnie trenować.
Zupełnie inaczej przyjęli to nasi "tatusiowie".
Igła nawet zaczął śpiewać "Wszystkie dzieci nasze są". Wyraźnie mu
się ten pomysł spodobał. Zbyszek jako największy kobieciarz zapytał oczywiście
o panie opiekunki
-Przecież
ty masz Aśkę to się jej trzymaj!-Igła poczuł się w obowiązku interweniować.
-No
właśnie.-prezes poparł Krzyśka ze śmiechem.-A tak na marginesie to mają być
dwie nauczycielki.
Ucieszyliśmy
się, że nie będziemy musieli sami zajmować się tymi dzieciakami.
Dzisiaj
już od rana na hali panowała atmosfera nerwowego oczekiwania. Sam nie wiem
czemu większość drużyny bała się spotkania z dziećmi. Ja też. Aż tak odważny
nie jestem. Do tego trener podzielił nas na kilka grupek żeby, jak to określił,
wszystko poszło sprawnie i szybko. No i wyszło tak, że mam się zająć siódemką dzieci.
Na szczęście jako nieżonaty i niedzieciaty wynegocjowałem, że pomoże mi jedna z
nauczycielek. Przynajmniej tyle...
JAGODA
Wyruszyliśmy
spod szkoły o 9. Miałam większego stresa niż przed obroną magisterki. Diana mi
miała pomóc i co? I się okazało, że jestem tępa jak nóż z promocji. Ale w końcu
nie moja wina, że cała moja rodzinka jest mało sportowa. Mam tylko nadzieję, że
moi uczniowie się nie zorientują, że nic nie kumam. Jechaliśmy 45 minut! Na
piechotę byłoby szybciej! Rzeszowskie korki są straszne. Chociaż dla mnie im
dłużej tym lepiej. Mniej czasu na hali to mniej czasu na ewentualną
kompromitację. Gdy w końcu stanęliśmy przed halą lekko zaczęłam się bać. No
dobra. Miałam pietra jak stąd do tamtąd. Szybko się jednak pozbierałam i
poszłam ze wszystkimi w stronę wejścia. W środku dzieciaki dostały głupawki.
Biegały, skakały, krzyczały. I, co najgorsze, co chwila pytały mnie np. "A
myśli pani, że Bartman da mi autograf?" A skąd ja mam wiedzieć kto to jest
Bartman!? Na szczęście dosyć szybko na korytarzu pojawił się prawie 2-metrowy.
Facet. Zapewne siatkarz.
-Witam.
Nazywam się Olieg Achrem i jestem kapitanem Resovii. Zabiorę was na boisko,
gdzie podzielimy się na mniejsze grupy i moi koledzy oprowadzą was po tym
budynku.-Uf! Całe szczęście. Nie będę musiała na żadne pytania odpowiadać bo
dzieci zajmą się siatkarzami. Swoją drogą jak dziewczynki zobaczyły tego
kapitana to im się oczy zaświeciły. Fakt. Całkiem niezły jest. Tylko dlaczego
ma taki dziwny akcent? Muszę zapytać Diany... Skończyłam rozmyślać gdy
doszliśmy na boisko. Matko! Jakie to duże! Na ławce rezerwowych (Chyba)
siedzieli siatkarze (chyba). Na nasz widok podnieśli się i podeszli do nas. W
międzyczasie Sylwia (jedna z moich uczennic) zapiszczała do mnie:
-Proszę
pani! Cichy Pit tu idzie!!-zgłupiałam. Jaki Cichy Pit!? Że niby ten wielki
facet!? Zaraz... Chwila... Czy to nie jest ten od brzucha? No Tak! O żesz ty.
On jest przystojny!
-Dzień
dobry. Nazywam się Piotr Nowakowski.-Co on taki oficjalny!?
-Jagoda
Szpak. Miło mi.
-Pani
Jagodo. Czy mógłbym prosić panią o pomoc?
-Jasne.
Ale wolałabym żeby mówił mi pan po imieniu.-tylko moi uczniowie mogą do mnie
mówić per pani.
-Ale ty
też będziesz mi mówiła Piotrek albo Pit. Byle nie Cichy...-Zna mnie 3 minuty a
już warunki mi stawia! Nie mam nic przeciwko:)-No to chodźmy.
-A...
dokąd?
-Nie
powiedziałem?-lekko się chłopina speszył.-Zaraz ci wyjaśnię...
PIOTREK
Co ja
poradzę, że głupieję przy pięknych dziewczynach. Teraz też zapomniałem jej powiedzieć jak ma wyglądać jej pomoc. No
nieźle chłopie. Już na starcie się kompromitujesz. Na szczęście moje
nieogarnięcie chyba jej nie przeszkadzało.
-Więc...
-Nie
zaczyna się zdania od więc.
-A ty
co? Polonistka?
-Bingo!
No i
druga wpadka zaliczona... Co się ze mną dzisiaj dzieje!?
-O kurde... Sorry. Nie chciałem cię obrazić czy coś...
-Mniejsza
z tym. Powiedz w końcu o co chodzi, bo wszyscy sobie gdzieś idą...
-Podzieliliśmy
dzieci na grupy. Ale to chyba Alek wam powiedział?
-Kto?
-No
Alek. Nasz kapitan.
-A tak.
Mów dalej.
-No. A
ja nie mam za dużego doświadczenia z dziećmi więc chciałbym, żebyś mi pomogła.
-Jasne.
Od czego zaczynamy?
-Może
najpierw pokażę wam szatnie?
No i
poszliśmy. Na moje szczęście Jagoda świetnie radziła sobie z dziećmi. I cały
czas spotykaliśmy inne grupy (dziwnym trafem najczęściej Igły i Alka) więc
podpinaliśmy się pod nie i mogłem odpocząć. Nie wiem czy Jagoda zauważyła, ale
cały wolny czas się na nią gapiłem jak sroka w kość. W końcu zorientowałem się,
ze i ona na mnie co jakiś czas zerka. Za którymś razem odwróciliśmy się w tym
samym momencie. Jagoda chyba się troszkę zawstydziła.
Gdy
obeszliśmy już całą halę przyszedł czas na trening. Mieliśmy nauczyć trochę te
dzieci odbijać piłkę. Gdy zaczęliśmy Kosa wpadł na pomysł żeby nauczycielki też
się trochę poruszały. Ta druga od razu weszła na boisko natomiast Jagoda długo
się opierała. Chciałem ją namówić, ale była twarda.
-Piotrek.
Jeżeli nie chcesz mieć na boisku trupa w mojej osobie to lepiej żebym się piłki
nie dotykała.
-Nie
daj się prosić. Dam ci indywidualne lekcje odbijania.-uśmiechnąłem się
najpiękniej jak umiałem. Chyba podziałało, bo podniosła się z miejsca. Była
jednak średnio zadowolona. Rzuciła tylko:
-Zbłaźnię się.-i grzecznie
podreptała za mną na boisko.
Stałam sztywna jakbym połknęła kij od mopa. Z przerażeniem
patrzyłam, jak dzieci i siatkarze ustawiają się w wielkim kole. Uznali, że
odbijanie przez siatkę nie będzie dobrym rozwiązaniem. Jeden z graczy woła mnie
gestem ręki. No to idę. Idę i myślę. Bardzo intensywnie. I wymyśliłam!
-A nie potrzebujecie sędziego? Przecież w prawdziwych
meczach, ktoś czuwa nad prawidłowym przebiegiem gry...
-Czy ja wiem... to tylko zabawa, więc możemy nagiąć zasady.-
ten z tym dziwnym akcentem posłał mi
szeroki uśmiech. Nie pozostało mi nic innego jak poddać się i zrobić siebie
idiotkę.
Stanęłam pomiędzy moimi dwoma wychowankami i czekałam aż
dostanę tym twardym przedmiotem w łeb. Żeby mieć jeszcze jakiekolwiek szanse na
obrone to kręciłam głowicą w każde miejsce w jakie trafiała piłka. Nikt do mnie
( ani we mnie) nie rzucał. I nawet zaczęło mi się to podobać. Do
czasu....Piotrek od brzucha :D uznał że się nudzę i posłał piłkę w moją stronę.
Jako że w czasach młodzieńczych moją obecność na lekcjach wf można by porównać
do ilości orzechów arachidowych w budyniu, to mogłam wyglądać dość nieporadnie
podczas przyjmowania tej piłki. Ale cóż...to nie wybieg, liczy się to, że piłka
pięknie poleciała w stronę jednej z moich uczennic. Ale byłam z siebie dumna!
Ale co! Akcja się rozkręca. Dostaję drugą piłkę.....Trzecią......Czwarta jest
właśnie w powietrzu, gdy Alan (największy oszołom w mojej klasie) nie zasadzi
mi łokciem w brzuch. Ałłł..... Zgięłam się w pół. Naprawdę bolało. Nie dostałam
od byle kogo, bo Alan posturą przyglądał wyrośniętego gimnazjalistę. Muszę się
stąd ewakuować.
-Przepraszam was,ale ja chwilę odpocznę...
-Boli?- autorem tego inteligentnego pytania był, o ile
dobrze pamiętam, Bartman. Nie, cholera, swędzi!
-Troszeczkę....
-Pomóc ci?- teraz Pit
-Nie, dam sobie radę.- Tak naprawdę nie chciałam żeby dłużej
patrzył na mój totalny upadek. Wyszłam na jakąś pokrakę i sierotę. Najpierw
boję się dotknąć piłki,a potem doznaję „kontuzji”
A on poszedł za mną. No jaki uparty! ( I troskliwy...tego
nie powiedziałam ja!)
-To moja wina. Gdybym nie zaciągnąl cię na boisko,nic by się
nie stało.
-Spoookojnie...Nic mi nie będzie. Poboli i przestanie. Ty
chyba coś o tym wiesz?- uśmiechnęłam się. A niech się chłopina cieszy!
-Co nieco...-patrzył to w sufit to na podłogę. Spojrzałam do
góry. Na suficie nic szeczgólnego. Lapmy, jakieś stelaże....
-Ale nie jesteś w ciązy???
Zamurowało mnie.
-Ja?
-No wiesz, uderzenie w brzuch w stanie błogosławionym jest
nie wskazane.
No raczej.
-Nie,no co ty. A dlaczego tak sądzisz?- No! Skoro jesteś
taki odważny to powiedz ze jestem za gruba. No powiedz!
-Bo głupi jestem.
Spojrzałam na niego pytająco
-Nie wiem co mi przyszło do głowy. Przecież gdybyś była w
ciązy nie grałabyś w piłkę...
-Pewnie tak...
Wstał i podszedł do ławki, gdzie leżała jego torba. Wyciągnął
kwadratową karteczkę i coś na niej nabazgrał.
-Masz. To jest mój numer telefonu. Gdyby coś było nie tak-
wskazał na mój tułów- to biore to na siebie.
-Nie przesadzaj. Już prawie mnie nie boli. Nie wybieram się
do szpitala.
-Ale nalegam.
-No dobrze.
Wzięłam ten numer dla świętego spokoju. A nóż widelec się
przyda.
Zadanie domowe :
-zrobić Alanowi mega sprawdzian z nieprzerobionego jeszcze materiału ;)
-nie wiem, czy to była jakaś aluzja ze strony Piotrka, czy głupia wpadka, ale może czas przejść na dietę
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej wszystkim :)
Dzisiaj rozdział wcześniej, to z radości z tego długiego weekendu. Narazie nie myślimy o tym, że nauczyciele pozadawali nam tony zadań. No przecież mamy pół tygodnia wolnego!Nic tylko siedzieć i się uczyć. Absurd.
A w opowiadaniu, siatkarze jak widać zagościli na dobre, a właściwie jeden siatkarz ;)
Dziękujemy wszystkim za miłe słowa w komentarzach, aż się chce pisać :D
Pozdrowienia!