niedziela, 20 października 2013

EPILOG

20 lat później...
Stoję w hali na Podpromiu tuż za bandami reklamowymi. Piotrek, jako trener rzeszowskiej drużyny, chodzi w tę i z powrotem wzdłuż boiska. Trudno mu się dziwić. Przecież jego (wróć! nasza) drużyna walczy właśnie o mistrzostwo Polski z zespołem z Bydgoszczy. Stan rywalizacji do 3 zwycięstw 2-2. Tie break. 15-14 dla Rzeszowa. Mnie też udzielają się emocje. Przez 20 lat naszego związku stałam się prawdziwym ekspertem. Mogłabym mecze komentować zamiast Igły. A najlepsze jest to, że miłością do tego sportu zaraziła się też moja mama. Jest na każdym meczu. to nic, że ma 70 lat. Chciałabym mieć w jej wieku tyle energii. a poza tym, że jest najwierniejszym kibicem, to jest też taką "babcią honorową polskiej siatkówki" jak sama siebie nazywa. Dlaczego? Bo po każdym meczu przynosi chłopakom swoje wypieki i w ogóle rozpieszcza ich jak prawdziwa babcia. Ale wracając do meczu to za chwilę padnę na zawał... Młody atakujący właśnie zepsuł zagrywkę. Wiem, że to się zdarza, że presja itp. ale w tym momencie mam go ochotę udusić. Ale Piotr zachowuje zimną krew do końca. Bierze czas i spokojnie mówi chłopakom co mają zagrać. Jest tak spokojny, że ktoś kto go nie zna może pomyśleć, że mu nie zależy. Ale ja, mimo pokerowej twarzy, widzę te wielkie nerwy, które tkwią w moim mężu. A emocje udzielają się też Bydgoszczanom. Nie bronią lecącej całą wieczność kiwki. Zagrywka po naszej stronie, dobre przyjęcie i atak, ale obrona młodego Igły funkcjonuje znakomicie. Raz-dwa-trzy! Koniec!! Jesteśmy MISTRZAMI POLSKI!!! Patrzę z ogromną dumą jak cala drużyna skacze z radości. Zerkam na komentującego mecz Krzyśka i widzę, że choć bardzo się stara nie potrafi ukryć radości. W końcu jego syn dokonał tego samego, co kiedyś on sam. W tym momencie troszkę żałuję, że żadne z naszych dzieci nie poszło w ślady Piotrka. Bo Lena lat 20 (owoc pierwszej upojnej nocy) studiuje filologię angielską, a Wiktor lat 17 zamierza iść na prawo. Cała nadzieja w Miłoszu lat 10. Chociaż narazie nie wykazuje większego zainteresowania grą w siatkówkę... Eh... mówi się trudno i cieszy się dalej.
*
Wróciliśmy do domu po długim świętowaniu. W końcu trzeba było uczcić powrót trofeum do Rzeszowa. Po powrocie do domu od razu rzucił mi się w oczy stos kartek leżący na stole. No tak. Siatkówka siatkówką, ale sprawdziany trzeba poprawić. W końcu do emerytury jeszcze daleko.
-Piotruś. Może pomożesz mi z tymi sprawdzianami?
-JA?
-Noo... Nie daj się prosić. Pomóż swojej ukochanej żonie.
-Ale ja nie umiem tego robić. Ostatni raz ci pomogłem 20 lat temu i pamiętasz jak to się skończyło?
-Same błędy...
-No właśnie. Więc sama sobie najlepiej poradzisz.
-Po pierwsze nie zaczyna się zdania od więc, a po drugie to jakim cudem ty pamiętasz to co było 20 lat temu?
-Ja pamiętam każdą godzinę z tych 20 lat.
-Serio?
-Serio serio. Siadaj do sprawdzianów a jak skończysz to jakaś nagroda się znajdzie.
-Na przykład?
-Na przykład... Kolacja ze świeżo upieczonym Mistrzem Polski.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie:) Oddajemy w Wasze ręce ostatni akt naszego opowiadania. Zdajemy sobie sprawę, że zawaliłyśmy... Najpierw kilkumiesięczna przerwa, a teraz... Końcówka nie należała do najlepszych (delikatnie mówiąc). Pewnie oczekiwałyście bardziej spektakularnego zakończenia a tu raczej banał ;) Mimo wszystko mamy nadzieję, że podobało się Wam choć trochę:) 
Teraz to co najważniejsze. Jedno wielkie DZIĘKUJEMY!!:) Dla każdej z Was, która była, czytała, a później czekała na reaktywację :) Za każdy komentarz i każde miłe słowo. Jednym słowem za wszystko! :)
I jeszcze jedno. Wielka prośba. Kiedy już przeczytacie (nieważne czy jutro czy za rok:)) napiszcie chociaż kilka słów. Chcemy wiedzieć ile was tu było :)
Jeszcze raz dziękujemy i pozdrawiamy:)

niedziela, 13 października 2013

LEKCJA 21: CZY WSZYSTKIE HISTORIE MUSZĄ KOŃCZYĆ SIĘ HAPPY ENDEM?-DYSKUSJA.

Przerażenie. To uczucie towarzyszyło mi odkąd dowiedziałam się, że będę mamą. Próbując sobie to racjonalnie wyjaśnić, zdałam sobie sprawę, że dopiero wizyta u ginekologa da mi 100% pewność. Przecież testy mogą dać różne wyniki,  w zależności od różnych czynników, prawda? Boże, co się ze mną dzieje... Szukam jakiś skomplikowanych wymówek, zamiast przyznać przed samą sobą, że nosze pod sercem maleństwo moje i Piotrka. Nie zmienia to jednak faktu, że na wizytę do lekarza i tak muszę się umówić. Ale najpierw zadzwonię do mamy. Albo nie, wcześniej lekarz. Cholera jasna! Pierwszą osobą, która powinna się dowiedzieć o mojej ciąży jest Piotrek! A to, że jest nieprzytomny obchodzi mnie jak zeszłoroczny śnieg. Dlatego w miarę się ogarnąwszy ( wyglądałam jak siedem nieszczęść, same wiecie dlaczego) wyszłam do szpitala. Po drodze modliłam się, aby tylko na zawrotach głowy się skończyło, a przynajmniej abym wytrzymała do powrotu do domu.
Szpital jak zwykle przywitał mnie rażącą bielą ścian i twarzami pacjentów, które w sumie nie bardzo różniły się od ścian. Przynajmniej się nie wyróżniam. Skierowałam się na oddział, na którym leżał Piotrek. Idąc przez korytarz, wyobrażałam sobie, że zobaczę go z uśmiechem na twarzy, patrzącego w moją stronę. Niestety to były tylko wyobrażenia, o czym boleśnie się przekonałam wchodząc do jego sali. Leżał tak jak zawsze. Podpięty do piszczącej aparatury, wciąż nieprzytomny. Usiadłam na krzesełku obok łóżka i załapałam go za rękę. W gardle miałam jedną wielką gulę. Nie dlatego, że się jakoś stresowałam. Po prostu spojrzałam na to wszystko realnie i odrobinę pesymistycznie. Bo co jeśli Piotrek się nie obudzi? Ja, my go potrzebujemy. Sama nie dam sobie rady. Kocham go.
-Kochanie, muszę ci coś powiedzieć. Nie wiem czy się ucieszysz, ale będziemy mieli dziecko. Małą kruszynkę, która uczyni nasze życie miłym bałaganem. Dlatego przestań się z nami droczyć i obudź się w końcu. Nie mam zamiaru brać wszystkich obowiązków na siebie. Będziesz nam potrzebny.- ostatnie słowa wypowiadałam w uśmiechem na twarzy, ale i z łzami w oczach. Wytarłam je szybko, gdy zobaczyłam, że ktoś wchodzi do sali. Zbyszek Bartman.
-Cześć.- stanął za mną- Jak się trzymasz?
-Jakoś. Myślałam, że jestem cierpliwa, ale teraz już wiem, że nie jestem.
-Obudzi się. Zobaczysz. Cały klub trzyma za niego kciuki.
-A właśnie. Jak sobie radzicie bez niego?
-Nie mogę powiedzieć, że nam go nie brakuje, ale mamy zmienników. Dają radę, jednak Pit jest tylko jeden.
-Coś o tym wiem...  Zostawiam was samych, muszę porozmawiać z lekarzem.
-Ok, i pamiętaj, wszyscy jesteśmy z wami.

-Niestety nie mogę powiedzieć pani nic nowego. Wszystkie parametry życiowe są w porządku, jednak  przypadku tego typu urazów, nie pozostaje nam nic innego jak monitorowanie pacjenta i czekanie.
-Rozumiem. A wie pan może czy policja schwytała tego bandytę?
-Niestety, nic mi o tym nie wiadomo. Myślę, że takich informacji musi pani szukać w innym budynku.
-Dobrze, dziękuję. Do zobaczenia.
-Do widzenia.

Sama nie wiedziałam czy chcę iść na policje. Nawet jeśli go złapali, to co?  Piotrek będzie dalej leżał nieprzytomny. Idąc chodnikiem w kierunku domu wyjęłam telefon z torebki. Zadzwoniłam do mojego ginekologa, w celu umówienia się na wizytę. Jutro o 15 będę mieć pewność. Jednak wszystko wskazuje na to, że to tylko formalność.
Teraz w mojej głowie zrodziło się kolejne pytanie. Czy zadzwonić do mamy i powiedzieć jej o ciąży czy zaczekać do jutra i poczekać aż będę pewna. Wybrałam opcję trzecią. Pojadę do domu i powiem osobiście. Jest niedziela przed południem więc na drodze nie będzie dużego ruchu. Za jakieś pół godziny powinnam być na miejscu. Oby tylko mój żołądek wytrzymał, bo nie mam zamiaru odpowiadać za zanieczyszczony autobus. Po chwili byłam już na przystanku, a dokładnie 40 minut później stałam przed furtką domu. Miałam ściśnięty żołądek i sama nie wiedziałam czy to przez ciążę czy obawę przed reakcją rodziców. Lekko drżącą ręką otworzyłam drzwi (w końcu jestem u siebie). Rodziców znalazłam w kuchni.
-Cześć. Przyjechałam was odwiedzić. Cieszycie się?
-Jagoda! Jak my cię dawno nie widzieliśmy.-to mama.
-Stęskniliśmy się za tobą.-to tata.
Po długich uściskach i gdy mniej więcej nakreśliłam (po raz setny) sytuację Piotrka mama w końcu zauważyła jak wyglądam.
-Co ty taka blada jesteś? Źle się czujesz? Chora jesteś?
-Tak... Mniej więcej. A właściwie mniej.
-Nie kręć. Co się stało.
-Chyba jestem w ciąży... Zrobiłam test, a jutro pójdę do lekarza.
Czekałam na burzę i tysiące wyrzutów, a tu niespodzianka. Mama się rozpłakała. I to ze szczęścia. Wyraziła to bardzo mocnym uściskiem, z którego wyswobodził mnie tata, tylko po to aby za chwilę ściskać mnie jeszcze mocniej.
-Pamiętaj córeczko, że gdyby Piotrek... Albo cokolwiek... To my ci pomożemy.
Teraz ja też się rozbeczałam.
-Wiem. Ale z Piotrkiem będzie wszystko dobrze. Powiedziałam mu dzisiaj, więc  myślę, że nie każe na siebie długo czekać. Poza tym chciał obronić mistrzostwo, więc musi się obudzić przed play offami. Co prawda do nich jest jeszcze trochę czasu, ale rehabilitacja i tak dalej...
-Wiesz, że gadasz bez sensu?-Tak... Mama zawsze umiała mnie pocieszyć.
-Wiem. Ale po prostu bez Piotrka wariuję. To i tak cud, że nie oszalałam do końca. Ale teraz czas wracać do normalności. Będę mamą i muszę się na tym skupić. I na tym żeby jakoś dotrwać do momentu aż Piotrek się obudzi. A wracając do mojej ciąży. Dlaczego na mnie nie nakrzyczeliście, że jestem nieodpowiedzialna i tak dalej?
-Bo to twoje życie. I jeżeli je sobie zmarnujesz to twoja sprawa. Ale jak już masz je marnować, to nie ma lepszego powodu niż dziecko. Teraz ono powinno być dla ciebie najważniejsze.
Siedziałam sobie spokojnie w fotelu, rozmawiając z rodzicami, gdy zadzwonił mój telefon. Tradycyjnie zanim go znalazłam przestał dzwonić. W połączeniach nieodebranych zobaczyłam, że to tata Piotrka. natychmiast oddzwoniłam i usłyszałam coś, na co czekam od kilku tygodni.
-Piotr się obudził...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Nie mogło przecież być inaczej:) Nie uśmierciłybyśmy Piotrka!;) Czy którakolwiek z Was spodziewała się innego obrotu spraw?:)